
Mili Moi...
Czekam... Czekam już z niecierpliwością na jutrzejszy wyjazd do Częstochowy. Udajemy się wraz ze wspólnotą Syjon na Ogólnopolskie Czuwanie Wspólnot Odnowy w Duchu Świętym. Jutro, przez Licheń mamy zamiar dotrzeć do Częstochowy, gdzie w piątek jest spotkanie dla liderów i animatorów, a w sobotę czuwanie na wałach i coroczna realizacja młodzieńczych marzeń - spowiadać, spowiadać, spowiadać... Poza okazją do spotkania z Jezusem, do posłuchania Słowa, jest to również dla mnie okazja do spotkań z ludźmi, z różnych stron Polski, z którymi Pan mnie zetknął dawniej, a na co dzień nie mamy szans się spotykać. Takich spotkań jest zawsze bardzo dużo i są niezmiernie miłe. W tym roku pewna nowość, bo... jadę autobusem. Zwykle jeździłem swoim wozem, bo przy okazji załatwiałem inne sprawy, ale tym razem jest inaczej... Nigdzie nie chce się spieszyć, chcę po prostu zanurzyć się w Bogu... Dlatego nie zabieram też ze sobą łącznika z siecią:) Spotkamy się więc tu pewnie dopiero w niedzielę...
Dziś Andrzej Bobola nam patronuje. Nie mam do niego jakiegoś nadzwyczajnego nabożeństwa, choć z radością nawiedziłem w minionym roku Strachocinę, miejsce jego narodzin. To Słowo z Listu do Koryntian, Słowo o jedności, a może raczej o podziałach bardzo do mnie dziś trafia. Bo pomyślałem sobie, że bardzo trudno pracować dla jedności Kościoła w sensie szerokim, kiedy przecież tych podziałów wewnątrz naszej wspólnoty również nie brakuje. Szczególnie wyraziście widać to w takich sytuacjach jak choćby ostatnio nagłaśniany w Polsce "Tydzień Apostazji". Jak to oceniać? Jedni katolicy mówią "paszoł won", dobrze, że wreszcie stanęli w prawdzie i oczyszczają się nasze szeregi. Inni boleją, zastanawiając się nad tym, co to będzie, dokąd ten świat zmierza? Ja chyba stoję gdzieś pośrodku... Z jednej strony mam dużo gniewu, irytacji w sobie, kiedy widzę show pogardy z rzeczy dla mnie najważniejszych... Z drugiej strony mam jakieś współczucie w sercu wobec tych, którzy nic nie rozumieją z tajemnicy Kościoła, dla których jest On jedynie organizacją i to nastawioną na zysk... Podziały, podziały, podziały...
A Jezus mówi - będę im nadal objawiał Twoje imię Ojcze... Mimo wszystko muszę im wskazywać na to, co najważniejsze. A w wyborze ich nikt nie zastąpi. Sami muszą zdecydować za kim idą i z kim idą... Ale nasza rola jako chrześcijan jest nie do przecenienia. Dowieść, że wspólnota jest czymś więcej, niż tylko zbiorem jednostek, które szukają jakiejś ucieczki od bólu istnienia. Pokazać, że można darzyć się szacunkiem, miłością, trwać w jedności... Pokazać, że chrześcijanie to ludzie realnie służący Bogu i sobie nawzajem...
Kiedy ostatnio jechałem przez jakieś miasteczko, przyszła mi do głowy pewna myśl. Gdyby tak zdjąć habit i zastukać do pierwszych z brzegu drzwi, wyznać, że jestem chrześcijaninem i poprosić przez miłość Boża o coś do zjedzenia (a głodny wówczas byłem...:) Mamy wszak głeboką tradycję franciszkańską jeśli chodzi o taki styl bycia. Nasz święty Ojciec niejeden raz tak właśnie korzystał ze "stołu Pana"... Ale pomyślałem sobie jak wielkim zaskoczeniem byłoby to dla chrześcijan, do których drzwi zastukałbym... Dobrze odżywiony, młody koleś, prosi o jedzenie... Podejrzane... Wysoce podejrzane... A jesteśmy członkami tej samej wspólnoty Kościoła... Tej samej...
Duży smutek odczuwam wobec nieumiejętności świadczenia o wartości wspólnoty. Przede wszystkim rzecz jasna myślę o sobie. Ale zaraz potem o naszej wspólnocie Kościoła. Tego doświadczenia zwyczajnie wielu osobom brakuje. Anonimowość wielkich parafii, w których ludzie spotykają się tylko na liturgii, którą i tak każdy przeżywa sam dla siebie... Tu pewnie niejednego moglibyśmy nauczyć sie od Kościoła na Zachodzie, gdzie budynek kościoła staje się również miejscem spotkań towarzyskich (te wszystkie sale opod kościołem - zabawy, spotkania, wspólne obiady - budujące...). Ale najbardziej smuci mnie, że my, jako ludzie, którzy przecież wspólnoty doświadczyli, poznali jej wartość, nie angażujemy się wystarczająco w ukazywanie jej prawdziwego oblicza, tak różnego od medialnych zafałszowań... Może gdybyśmy byli bardziej wyraziści, pokazywali prawdę o Kościele Wspólnocie, takie "Tygodnie Apostazji" nie miałyby racji bytu... Gdybyśmy byli bardziej słoni, świat byłby bardziej spragniony...
Ja jestem Pawła, a ja Apollosa, a ja Kefasa, a ja Chrystusa... A ja? A ty? A my? No i oni... Zwłaszcza ci, którzy z taką dumą chcą się wyprzeć przynależności do wspólnoty, której Głową jest sam Chrystus. Ci szczególnie potrzebują naszej modlitwy i naszego świadectwa. Niech Pan raczy ich wyprowadzić z buntu i skruszy ich fałszywe obrazy Kościoła. A święty Andrzej niech raczy się modlić za nich, aby wrócili do rzeczywistej jedności... Ze wspólnotą, za którą on sam oddał życie.

Mili Moi...
Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem skupienia dla dorosłych, które po raz kolejny odbyło się w klasztorze sióstr franciszkanek w Gdańsku. Mam strasznie dużo radości z tego, że moge służyć tym ludziom, w których tak wiele duchowych pragnień. Temat nie był prosty, bo mówiłem o Jezusie, który ma być dla nas jedyną Drogą, Prawdą i Życiem. W konsekwencji decyzji o wyborze Jezusa jako naszej Drogi, z pewnością nie można chadzać po drogach, które wiodą całkowicie do innego celu, a szczególnie po nowych drogach, które proponuje nam ruch mający w swej nazwie również wyrażenie "nowa"... Nowa Era (New Age), to era człowieka ubóstwionego, wyzwolonego od bogów i religii, era człowieka mocnego i używającego. Czego? Ano całego wszechświata, który przecież jest na jego usługach... Trudny temat, który zawsze wzbudza kontrowersje, ponieważ wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że ociera się w swoim życiu o propozycje New Age. A wiele z tych propozycji, co tu dużo mówić, jest po prostu niebezpiecznych, o czym niejeden egzorcysta raczy świadczyć... Rozmowom kuluarowym nie było więc końca, a ja prosiłem tylko o jedno - nie musicie się ze mną bezkrytycznie zgadzać, ale pomyślcie, doczytajcie, poszukajcie... Ufajcie, ale i sprawdzajcie...
Dlaczego to takie ważne? Bo wolność, którą uzyskujemy w Jezusie jest szczególnie niebezpieczna dla demona, a każda forma zniewolenia, w które uda mu się nas wkręcić znacząco ułatwia mu kontrolę nad naszym życiem. A to z kolei ułatwia mu niszczenie... Tymczasem każdy jest ważny. Wczoraj jakoś szczególnie i na nowo to usłyszałem, że obecność tych wspaniałych ludzi tam, w klasztorze sióstr, nie jest żadnym przypadkiem. Jezus naprawdę wychodzi na drogi i szuka swoich dzieci, które chce wiązać ze sobą więzami miłości. Nic nie chce zabierać. On z małżonków nie chce uczynić zakonników, ani odrywać ich od ich rodzinnych obowiązków. Nie, wręcz przeciwnie. Chce ich uczynić skutecznymi świadkami Prawdy i Życia właśnie w tych realiach, w jakich oni żyją. Każdy jest ważny... Tak bardzo potrzeba nam świadomych chrześcijan, takich, którzy nie będa się obawiali świadczyć, którzy nie będa elastyczni w poglądach, którzy nie będą drżeć, że inni nazwą ich dewotami... Potrzeba ludzi mocnych w wierze i ufam, że te nasze spotkania właśnie takich ludzi mają zrodzić...
Posyłam was, abyście przynosili owoc obfity i aby owoc wasz trwał... On ma być dużo trwalszy, niż mięsiste owoce tropikalne ze zdjęcia, które zgniją i śmierdzą, przemijają... Takich owoców w życiu jst pełno. Trzeba je szybko spożywać, bo po chwili już się do tego nie nadają. Tymczasem Jezus posyła nas po owoce trwałe... Każdy na swoją miarę ma je przynosić... Pomyślałem sobie o tym w sobotę, kiedy udzielałem sakramentu Namaszczenia Chorych jednej z pensjonariuszek wspominanego przeze mnie domu spokojnej starości w Lidzbarku. Sędziwa kobieta, którą namaszczałem, bardzo już słabiutka, podczas udzielania tego sakramentu z takim wielkim zaufaniem w głosie zawołała - Boże, zabierz mnie już... Nie wiem kiedy On ja zabierze (a może już zabrał), ale wiem, że to, co mogłem jej ofiarować było trwałym owocem. Kiedy stanę za jakiś czas na sądzie, wierzę, że rozpoznam ją w nowym, przemienionym ciele, pełną sił... I wierzę, że uśmiechnie się do mnie i podziękuje, że mój palec zanurzony w oleju, na jej czole uczynił znak krzyża, że moja modlitwa przygotowała ją do najważniejszej podróży jej życia... Owoc, który mogłem przynieść dzięki łasce Jezusa...
A jaki jest twój owoc? Jaki owoc możesz przynieść? Nie mów nigdy, że jesteś tylko szarym, przeciętnym katolikiem, mieszkającym gdzieś na końcu świata, od którego Bóg przecież niczego chcieć nie może, który z cała pewnością Bogu w niczym przysłużyć się nie może, a już na pewno w niczym wielkim... Każdy jest ważny... Wobec każdego On ma jakiś plan... Nawet gdybym miał być tylko "ścierką" w Kościele, którą ktoś raz posprząta, a potem już na zawsze wrzuci w kąt. Ma to swoje znaczenie, ma to swój sens. Uwierz, że Jezus cię potrzebuje. Nie jutro, ale dziś!!! Nie do nawrócenia całego świata, ale może tylko jednej osoby, tej trudnej, tej która pozna Boga w twojej cierpliwości, albo w wyrozumiałym przebaczeniu... Dziś jest czas owocowania. Zapytaj Go gdzie są te owoce, które właśnie ty masz przynieść... I przynieś... Bo jesteś dla Niego ważny... Każdy jest ważny!!!

Mili Moi...
2179 dzień mojego kapłaństwa, dzień, który spędziłem w Lidzbarku Warmińskim. Pojechałem tam już wczoraj, ponieważ jakiś czas temu siostry katarzynki poprosiły mnie o poprowadzenie dnia skupienia dla pracowników domu spokojnej starości prowadzonego przez siostry. Miał się on zacząc dziś o poranku, stąd wczoraj się już stawiłem. I wieczorem doznałem przeogromnej radości. Otóż siostry mówią - zapraszamy cię ojcze na dzielenie się Słowem... Okazało się, że młodsza część wspólnoty co piątek spotyka się na takim dzieleniu (dla starszej części wspólnoty to wciąż zbyt duże wyzwanie). Pomyślałem, że może siostry będą się krępować moją obecnością (mimo tego, że wszystkie je znam, nie była to moja pierwsza wizyta w Lidzbarku, a poza tym uczestniczyły w rekolekcjach przeze mnie prowadzonych). Ale moje obawy okazały się nieuzasadnione i przeżyłem piękne dzielenie się Słowem. Boże, jak ja się z tego ucieszyłem!!! Ucieszyłem się przede wszystkim tym, że są wciąż takie wspólnoty, które żyją Słowem, dla których jest ono ważne, które potrafią rozmawiać o rzeczach istotnych... Myślę, że takie miejsca są w sposób szczególny "narażone" na Boże błogosławieństwo...
A dziś wspomniany dzień skupienia. Malutkie grono ośmiu osób - nie dotarli wszyscy, którzy być powinni, ale jestem już oswojony z mówieniem do małych grup, a ta była szczególnie wdzięczna:) Nie wiem czym to wytłumaczyć, ale miałem wrażenie, że te kobiety naprawdę słuchały (czasem to wrażenie się we mnie jako głoszącym intensyfikuje). Było to pierwsze tego typu wydarzenie w tym domu, a zatem byłem w jakimś sensie "misjonarzem":) Po raz kolejny jednak zdałem sobie sprawę, że w wielu osobach drzemią duże pragnienia duchowe i wystarczy tylko stworzyć okazję do ich zaspokojenia, a z pewnością w prosty sposób można na nie odpowiedzieć... Jutro zaś dzień skupienia dla dorosłych u sióstr franciszkanek w Gdańsku. To już któryś z kolei. Ale ludzie czekają i cieszą się, że jest coś organizowane szczególnie z myślą o nich... A ja cieszę się, że mogę służyć. W końcu właśnie po to biskup na mnie ręce nałożył... A już niedługo szósta rocznica tego wydarzenia... już szósta:)
A dziś szybki przegląd nienawidzących mnie dla imienia Jezus, moich "ewangelizacyjnych wrogów":) Są tacy... I to chyba dobrze... Muszę Panu Bogu za nich podziękować. Bo dzięki nim przekonuje się, że żywe jest Słowo Boże i skuteczne... prawdziwe. Ostatnio ktoś mi to uświadomił, że jeśli w kontekście Bożych dzieł nagle wściekłość demona wylewa się na mnie przez drugiego człowieka, to nic, tylko się cieszyć... Uśmiechnąłem się, bo sam tak często mówię innym. I to dobrze, że Pan postawił przede mną swoiste lustro. To znaczy, że mogłem usłyszeć podobne słowa w sytuacji, która mnie dotknęła... Niby to wiedziałem, niby wiem, ale zawsze to cierpienie spowodowane niechęcią, złośliwością, czy wręcz nienawiścią drugiego człowieka boli. Dobrze, że są wokół ludzie, którzy wskażą na nadprzyrodzony sposób rozumienia wielu sytuacji, dobrze, że Pan ich przysyła, bo inaczej, skupiając się tylko na sobie, możnaby stracić coś cennego... A mianowicie - świadomość, że uczestniczy się w dziele Bożym, a uczeń nie jest ponad swego Mistrza, podobnie jak sługa ponad swego Pana... Pójście za Jezusem to uczestniczenie w Jego Życiu. I nawet kiedy to boli, to jest pięknie:)

Mili Moi...
Wybaczcie tę dłuższą przerwę w mojej obecności tutaj, ale w minione dni... nie nadążałem:) Bieganie po mieście w sprawach wszelakich - a to do drukarza po ulotki, do drugiego po plakaty, potem to wszystko wysłać do każdej parafii w naszej diecezji, żeby nasze majowe wydarzenie ewangelizacyjne stało się możliwie szeroko znane; a to do kaletnika; a to do okulisty i optyka... No strasznie dużo rzeczy, a mimo że mieszkam w Elblągu już cztery lata, to wciąż nie wiem gdzie niektórych rzeczy szukać...
Wczoraj audycja w Radio Niepokalanów poświęcona rozwodom. Przyznam szczerze, że bardzo udana, ale tym razem za sprawą gości, z którymi kontaktowaliśmy się telefonicznie. Był to człowiek z poradnictwa rodzinnego, była to pani sędzia orzekająca w sprawach rodzinnych, była to osoba rozwiedziona i małżeństwo z pięćdziesięciodwuletnim stażem... Zawsze to ciekawiej, kiedy przed mikrofonem pojawia się więcej osób. Wczoraj tez po raz pierwszy używaliśmy Facebooka na antenie - szału nie było, ale to świeży pomysł, może się jeszcze rozwinie:)
Dziś wróciłem do domu i działań ciąg dalszy, ale nade wszystko, wieczorne spotkanie ze wspólnotą Syjon, adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, modlitwa zawierzenia dotycząca tych wydarzeń, które przed nami... Muszę przyznać, że dziś było jakoś inaczej, ludzie od początku jakoś nastrojeni do... radości. I to była naoczna realizacja dzisiejszego Słowa dla mnie. Radość, która płynie z obcowania z Jezusem, radość, której nikt nam nie może odebrać, radość, którą chcemy się dzielić. Dziś na spotkaniu było prawie siedemdziesiąt osób... To już naprawdę wielkie wojsko... Zdałem sobie sprawę, że przez te lata mojej posługi wspólnota liczebnie prawie się podwoiła... Jeszcze rok temu nie mieliśmy nikogo, kto by nam zagrał na gitarze... Dziś było trzech gitarzystów i klawiszowiec, oraz kilka głosów z mikrofonami (jest nas już tak dużo, że musieliśmy zacząc ich używać). Dziś, niczym pasterz, uczestniczący w działaniach Pasterza, patrzyłem na tych wszystkich ludzi, a moje serce wyrywało się ku niebu z wielkim dziękczynieniem za nich i za tę wspólnotę, która wszystkich nas obdarowała nowym życiem...
Dziś mówiłem o trudach, które nas czekają. Idziemy na prawdziwą wojnę z demonem. To, co będzie się działo na naszych rekolekcjach, to będzie wyrywanie mu tych, co do których on już często ogłosił swoje zwycięstwo... Krzywda i przebaczenie, to temat naszych majowych rekolekcji. Prosiłem dziś o duchowe przygotowanie do tej walki - o trwanie w łasce uświęcającej, o dodawanie do modlitwy codziennej wezwań pokory, o intensywniejsze korzystanie z Eucharystii... Ufam, że zwyciężymy, jeśli pójdziemy razem. Demon bardzo się boi wspólnoty zjednoczonej w Bożej miłości, wspólnoty, która chce z pokorą służyć drugiemu człowiekowi, wspólnoty, która jest rozpalona żarem Ducha... Może własnie dlatego tak skwapliwie dba, żeby zneutralizować jakiekolwiek dobre działania wspólnot - chociażby zakonnych. Dobre jedzonko, wygodny fotel i ekran telewizora, to klasyczne pokusy, którymi on próbuje niszczyć piękno ludzkiej, zjednoczonej we wspólnocie gorliwości... Każdej wspólnocie ten "tumiwisizm" zagraża, ale żadna nie jest nań skazana... Wszystko zależy od nas, od każdego z nas... Nikt nie jest mniej lub bardziej ważny, wszyscy tworzymy wspólnotę, a znając moją wspólnotę Syjon... sam na pole walki nie wyjdę... I nawet gdybyśmy po tym polu poruszali się w ślimaczym tempie, to radości nam z pewnością nie zabraknie:) A tej demon też się boi...

Mili Moi...
Jestem już w Gdyni, gdzie dziś prowadzę dzień skupienia dla sióstr nazaretanek. Długi weekend zakończył się tu deszczem i biorąc pod uwagę pogodę poranka, to jest dość smętnie. Ja też ciągle się dość smętnie czuję, tak jak człowiek, któremu ktoś, nie wiedzieć czemu dał "z liścia" w twarz. Ale dziękuję wszystkim wrażliwcom, którzy tu, czy w inny sposób wyrażali swoją empatię dla mnie... Chwalę Boga, że są ludzie, którzy leczą rany zadane złym słowem, poprzez balsam słowa dobrego. To ważna umiejętność, której też staram się uczyć...
Dziś Słowo kieruje moje myśli ku... wspólnocie idealnej. Może ktoś powie, że rozmyślanie o tym nie ma sensu, bo to mżonka, utopia, nierealizowalne marzenie... Owszem, byłbym nawet skłonny przyznać rację, gdyby nie... tęsknota. Każdy, kto żyje we wspólnocie, mogę chyba zaryzykować takie uogólnienie, chciałby żyć we wspólnocie idealnej. Dla każdego z nas pewnie znaczy to coś innego, ale najogólniej chodziłoby pewnie o to, żeby ludzie się wzajemnie szanowali, może nawet lubili, umieli ze sobą rozmawiać, wspierali się, stawali za sobą w chwilach kryzysu, byli wyrozumiali, a jednocześnie umiejętnie wymagający... i moglibyśmy pewnie tak długo wymieniać...
Podejrzewam, że przed takim pragnieniem stała również chrześcijańska wspólnota jerozolimska... Być może nawet próbowano taką wspólnotę stworzyć. A tu nagle pojawia się Paweł, z którym nie do końca wiadomo co zrobić. Nie wiadomo czy można mu ufać, nie wiadomo czy jego przyłączenie się do chrześcijan nie spowoduje jakiejś fali niezadowolenia, prześladowań, nie wiadomo, czy to, co on opowiada o swoim spotkaniu z Jezusem jest prawdą... Właściwie nic nie wiadomo... A gdy mnożą się niewiadome, lepiej pozbyć się problemu... I Paweł zostaje odesłany. I ta jego swoista duchowa banicja trwa wiele lat. Lat, w których z pewnością musiał się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi, co to za wspólnota, do której przystąpił? Przecież ci ludzie tyle mówią o miłości... Przecież chyba powinni się cieszyć z jego nawrócenia, z tego, że coś pojął, zrozumiał... A oni się go pozbywają...
Przyznam szczerze, że komentarz Łukasza do tej sytuacji jest zastanawiający - Kościół cieszył się pokojem, rozwijał się, Duch Święty rozlewał się szeroką falą... Napotkałem kiedyś na komentarz, który sugerował, że Łukasz nieco ironizuje. I to chyba do mnie przemawia...
Pozbyć się problemu... To najczęstszy chyba sposób budowania wspólnoty idealnej. Gdyby tylko nie było z nami X czy Y, a w zamian za to, gdyby mieszkał z nami Z, to wszystko wyglądałoby inaczej. Cieszylibyśmy się wówczas szczególną asystencją Ducha, a pokój zagościłby w naszym domu... O naiwności!!! A Jezus mówi o latoroślach, które rosną z jednego krzewu... Nie wybierają się nawzajem, nie decydują o tym, że tę, czy tamtą należy odciąć... Czerpią soki z życiodajnego krzewu i czasem z wielkim smutkiem muszą patrzeć na te latorośle, które obumierają... A śmierć członka wspólnoty, ta duchowa rzecz jasna, jest również w jakimś sensie moją śmiercią, wraz z nim umiera cząstka mnie... Kiedy umiera jakaś latorośl, to i owoc, który przynoszą pozostałe jest jakoś mniejszy i odbrobinę mniej cieszy Tego, który uprawia... Pełna radość Jezusa to żyjące w Nim latorośle, czerpiące z Niego soki, owocujące w Nim... A jeśli one same tym nie będą zainteresowane, to choćby wyselekcjonował najlepsze, wszczepił je w doskonały krzew, to umrą... "Idealna wspólnota" to ci, którzy znają swoje źródło i znają swój cel... Ci nie umrą, bo rosną razem ku Życiu Wiecznemu...
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 96 618 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Tylu innych bloguje... dlaczego nie zakonnik odpowiedzialny za powołania???
I oto trzy lata blogowania minęły... Wciąż mi się chce i wciąż mam radość z tego pisania... Więc będę pisał... Nie tylko dla siebie i swojej radości, ale też dla tych wszystkich, którzy zechcą poczytać. Cieszę się, że możemy się tu spotykać, w tej internetowej kryjówce, gdzie najważniejsze jest i ma być SŁOWO, które Ciałem się stało... i zamieszkało... i jest między nami...